poniedziałek, 16 stycznia 2017

Gdy książka nie potrafi sprostać oczekiwaniom – „Rok królika” Joanny Bator

Czekałam na tę powieść. Bardzo. Wciąż mam w pamięci rewelacyjną „Ciemno, prawie noc”. Powieść, której nie mogłam odłożyć przed przeczytaniem ostatniego zdania i o której długo po skończeniu czytania nie mogłam zapomnieć. Powieść pełną mrocznych tajemnic, ale wciągającą. Ze światem, który wchłania czytelnika i nie chce wypuścić aż do ostatniej strony. Albo jeszcze dłużej… Liczyłam, że „Rok królika” będzie podobny. Że wciągnie, omota, nie pozwoli spać, nie pozwoli zapomnieć. Czekałam na to od momentu, gdy wzmianka o najnowszej powieści Joanny Bator pojawiła się w zapowiedziach wydawnictwa…


Zbyt duże oczekiwania?

Nie dane było mi jednak zachwycać się lekturą. Od samego początku „Rok królika” nie zachwycał. Z każdą stroną dawałam tej powieści kolejną szansę, mając nadzieję, że jednak coś się zmieni, że świat, który Joanna Bator stworzyła, zacznie mnie wciągać. Że gdzieś zostanę wchłonięta przez tę ząbkowicką mgłę, że poczuję niemal namacalną obecność tytułowego królika. I nic… Do ostatniej strony nic… No może gdzieś na samym końcu, gdy dochodzi już do bezpośredniej konfrontacji, akcja trochę przyspiesza, pojawia się trochę napięcia – tak jak w filmie sensacyjnym pod sam koniec, gdy główny bohater staje oko w oko ze swoim przeznaczeniem. Tyle, że to trochę za mało, by całą powieść uznać za udaną…

Joanna Bator jest laureatką prestiżowej polskiej nagrody literackiej Nike. Właśnie wtedy, w 2013 roku, kiedy została doceniona tą nagrodą, zrobiło się o niej głośno, a każdy, kto chciał uchodzić za osobę dobrze zorientowaną w polskiej literaturze sięgał po „Ciemno, prawie noc…” I zachwycał się: atmosferą jakby zapożyczoną z bestsellerowych książek Zafona, nietuzinkowym spojrzeniem na polskie mniejsze, prowincjonalne miasteczka i mroczną, tajemniczą i fantastyczną historią, która niemal naturalnie łączy się z rzeczywistością. Jakby Bator stworzyła polską wersję realizmu magicznego, tak pięknie uprawianego przez iberoamerykańskich (choć nie tylko) pisarzy!

Mam wrażenie, że z „Rokiem królika” miało być podobnie. Nie bez powodu akcja dzieje się w Ząbkowicach Śląskich (które w czasach niemieckich nosiły jakże znamienną nazwę Frankenstein). O tym mieście autorka pisze w powieści, że:

… małpuje i przedrzeźnia wszystko, czego doświadczyłam, wciągając mnie nieustannie w jakieś niedopowiedzenia i omsknięcia, paprochy wspomnień i w desperacji wymyślonych deja vu.

To właśnie tu funkcjonuje tajemnicze Spa pod Królikiem, które skrywa mroczną tajemnicę. Tu doprowadzają bohaterkę, która chce uciec od dotychczasowej tożsamości, absurdalne nagłówki gazet. Tutaj wreszcie udaje się bohaterce – znanej autorce romansów historycznych, która kolekcjonuje opowieści, by stworzyć z nich świat kolejnej swojej książki – odkryć swoje prawdziwe ja, swoją historię, prawdę o sobie i swojej rodzinie. A może tylko tak jej się wydaje?

Czegoś tu zabrakło...


Wszystko to, cała fabuła, cały pomysł na książkę brzmi intrygująco. Naprawdę. Z tego wszystkiego mogłaby być świetna historia. A jednak tak się nie stało. Bo książkę czyta się z trudem. Nie wiem, czy to kwestia języka, stylu, sposobu prowadzenia narracji. Wiem, że męczyłam się z tą książką, o czym już w trakcie czytania mówiłam i na Facebooku i na Instagramie. Po prostu ciężko było przez nią przebrnąć. Nie wciągnęła mnie ta powieść. Nie sprawiała, że trudno było odłożyć na bok, na chwilę przerwać czytanie. Raczej musiałam zmuszać się do przeczytania kolejnego rozdziału. I potem następnego… Cały czas zadając sobie pytanie: ale o co właściwie tu chodzi?

I szczerze mówiąc, do końca wciąż nie znam odpowiedzi na to pytanie… Pewnie dlatego po lekturze czuję niedosyt, pewne rozczarowanie. I dlatego w skali dziesięciostopniowej oceniam tę powieść jedynie na cztery. A szkoda…

Powieść „Rok królika” została wydana pod koniec 2016 roku przez wydawnictwo ZNAK. To ponad 400 stron czytania.
Moja ocena: 4/10

Ta książka jest piątą przeczytaną przez mnie w tym roku.

Czytałam w ramach wyzwania Wypożyczone (egzemplarz z biblioteki).

6 komentarzy:

  1. Ciągnie mnie to tego "Roku królika", ale się boję :) Ta książka ma tak złe recenzje, że obawiam się, iż zniszczy moją opinię o Bator, wyrobioną głównie na podstawie rewelacyjnego "Ciemno, prawie noc".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm... sama nie wiem, co powiedzieć. Powinnam namawiać, zeby zacząć czytac i samemu sobie wyrobić opinię, ale... Prawda jest taka, że mnie ta ksiązka nie przekonała. i stanowczo wolałabym mieć dalej takie zdanie o autorce, jakie miałam po lekturze "Cemno, prawie noc..."

      Usuń
  2. Kolejny przykład na wielką promocję i duże nazwisko,które zawodzi. Szkoda. Chociaż z drugiej strony może my mali blogerzy nie rozumiemy książki,bo specjaliści raczej są na tak :) Pozdrawiam domowaksiegarnia.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm... Tylko, że to my - blogerzy, czytelnicy tak naparwdę jesteśmy tymi, dla których ta książka powstaje... Co do specjalistów - nie pierwszy raz się zdarza, że "profesjonalni krytycy" mają zupełnie inne zdanie niż cała reszta odbiorców...
      Tym bardziej, że jeśli rozłożyć tę książkę na "czynniki pierwsze" nie bardzo jest co jej zarzucić. Naprawdę, jak tak analizowałam to ma wielki potencjał, żeby być świetną powieścią. A jednak czegoś brakuje. I jest, jaka jest niestety...

      Usuń
  3. Nic jeszcze nie czytałam autorki. Ale już wiem, że nie zacznę od tej książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stanowczo - nie zaczynaj. najlepiej odpuść tę pozycję. Za to "Ciemno prawie noc..." polecam serdecznie!

      Usuń