wtorek, 31 stycznia 2017

Każdy swoje życie musi przeżyć sam – „Kiedyś przy Błękitnym Księżycu” Katarzyny Enerlich

Choć autorkę (tak, jako osobę, która inspiruje i motywuje!) i jej twórczość uwielbiam, do książki „Kiedyś przy Błękitnym Księżycu” podchodziłam  jak przysłowiowy pies do jeża. Chyba bałam się trochę tematów, jakie porusza, bo przecież o tym, o czym jest, wiedziałam już wcześniej. Basia, główna bohaterka tej historii, pojawiła się w cyklu „Prowincja”. Tam jednak tylko w kilku słowach wspomniane było jej trudne dzieciństwo i to, jak ciężko było się od niego oderwać i w końcu zacząć żyć… Teraz to tej osobie poświęcona jest cała książka…


„Trudne dzieciństwo nie usprawiedliwia. Ono zobowiązuje.”


W powieści „Kiedyś przy Błękitnym Księżycu” stajemy się powiernikami dorosłej już Basi, którą spotykamy przy łóżku ciężko chorego ojca. Moment, w którym bohaterka przeczuwa, że to już ostatnie chwile życia mężczyzny, który miał tak ogromny wpływ na jej życie, to czas, w którym powracają wspomnienia. Najczęściej te bolesne, bo ojciec Basi był alkoholikiem. Pił, od kiedy kobieta pamięta, czyli od czasu, gdy była małą dziewczynką. Póki jeszcze matka mieszkała z nimi, było znośnie. Kiedy wyprowadziła się, zostawiając pięcioletnią wtedy Basię z ojcem, który coraz bardziej się staczał, było gorzej: ciągły brak pieniędzy, poczucie odpowiedzialności za ojca, choć Basia była przecież małą dziewczynką, uczucie wyobcowania, bo różniła się od koleżanek z klasy, którym mamy zaplatały warkocze i kupowały nowe buty czy sukienki…

A potem, gdy Basia dorosła, gdy już mogła zupełnie sama decydować o swoim życiu też nie było lepiej. Bo dziewczyna wiązała się z różnymi mężczyznami tylko po to, by zaspokoić swój głód miłości, by poczuć, ze ktoś się nią opiekuje. Niestety, większość partnerów nie zasługiwała na jej zaufanie. Zresztą Basi chyba tak naprawdę trudno było komukolwiek zaufać. Nie było jej dane nauczyć się tego w rodzinnym domu, w którym rządził nie tylko alkohol, ale skrywane tajemnice. Jedną poznała u progu dorosłości. To wyjaśniło, dlaczego ojciec pił, dlaczego jej życie było tak smutne, tak niepodobne do życia koleżanek. O drugiej miała dowiedzieć się tuż po tym, jak jej ojciec odszedł. Ta informacja, choć dla dorosłej kobiety z wydawać by się mogło poukładanym w końcu życiem, okazała się równie szokująca, co w gruncie rzeczy szczęśliwa. Być może to dzięki Błękitnemu Księżycowi, o którym opowiadają, że pomaga spełniać marzenia, nawet te z pozoru niemożliwe do spełnienia?

„Nieprzypadkowość ludzkich spotkań zdarza się każdemu. Ci, którzy zamknęli swoją duszę na magie codzienności, czasem nie zauważają ich znaczenia.”


Książka „Kiedy przy Błękitnym Księżycu” mnie po prostu zachwyciła. Katarzyna Enerlich z niezwykłą wrażliwością i w sposób niemal poetycki opowiada o życiu w domu, w którym rządzi alkohol. I o tym, co dziś psychologowie nazywają syndromem DDA – dorosłych dzieci alkoholików. Bez słodzenia, a jednak w delikatny sposób autorka pokazuje, że trzeba wykonać naprawdę ogromną pracę, by zmienić swoje życie, by pozbyć się piętna dziecka osoby uzależnionej i by zacząć dostrzegać te piękne, magiczne chwile, jakie spotykają przecież każdego.

Nie brak tu, co charakterystyczne dla autorki, zachwytów nad prostotą życia. Zwłaszcza na Mazurach. Bo Basia w końcu tutaj odnajduje swoje miejsce na świecie – w starej, mazurskiej chacie, otoczonej ogrodem, którego pielęgnacja wciąga bohaterkę bez reszty. W miejscu, w którym króluje spokój i cisza. W którym można pobyć samemu i do którego można kogoś zaprosić, by pobyć z nim tylko przez chwilę…

I jeszcze zakończenie. Pierwszy raz zdarzyło mi się płakać jednocześnie ze smutku i radości. Tak piękna, wzruszająca i wywołująca wiele różnych emocji jest ta książka. Dlatego polecam ją wszystkim. I oceniam na 10/10.

Ta wydana przez wydawnictwo MG powieść liczy sobie 288 stron i charakteryzuje się piękną, przykuwającą oko okładką.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz