poniedziałek, 6 lutego 2017

Kobiety służą do zawierania sojuszy – W sercu oceanu Elviry Menendes


Sięgnęłam po tę książkę, bo napisała ją hiszpańska autorka, bo traktuje o hiszpańskiej historii i o historii Ameryki Południowej i, wreszcie, bo jest powieścią historyczną, a na taką miałam ostatnio ochotę. Nie sadziłam, że lektura wywoła we mnie tak wiele emocji: że będę się wściekać na ludzką hipokryzję, na zakłamanie, na kompletnie bezsensowne zasady i ich bezmyślne przestrzeganie… nie wiedziałam, że choć to opowieść o czasach podboju Ameryki Południowej przez Hiszpanie i Portugalię, tak bardzo jest aktualna…


„Człowiek nie jest odpowiedzialny za własne urodzenie, ani za to, kim są jego rodzice, odpowiada tylko za własne czyny."


Historia, którą opowiada w swojej powieści Elvira Menendes mówi o pewnej wyprawie do Ameryki Południowej. W rejs wyruszyć miał człowiek, który na mocy władzy danej mu przez hiszpańskiego króla miał być zwierzchnikiem w założonym w Ameryce mieście Asuncion. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że razem z nim w podróż miało wyruszyć kilkadziesiąt kobiet odpowiedniego pochodzenia, by tam zawrzeć małżeństwa z przebywającymi w Ameryce od lat Hiszpanami. Chodziło o to, by… z owych związków urodziły się dzieci, będące pełnej krwi Hiszpanami! 

Oczywiście podróż przez ocean nie była łatwa, warunki dość spartańskie, jak na wysoko urodzone, wychuchane panny. A i to, co czekało na nie u celu podróży nie do końca zgadzało się z ich wyobrażeniem o wygodnym i bogatym życiu…


Na tym tle rozgrywa się pewna historia miłosna: w wyniku wielu wydarzeń na statku, którym podróżują owe hiszpańskie panny, znajduje się także pewien młodzieniec, który musi uciekać z rodzinnej Hiszpanii, ponieważ tu nie jest bezpieczny. To potomek dość wysoko postawionego szlachcica, niestety jednak potomek z nieprawego łoża, co bardzo jego krewnym przeszkadza – widzą w nim zagrożenie dla swojej pozycji i fortuny. Ów młody człowiek wbrew swej woli zostaje wciągnięty w polityczne rozgrywki, kilka razy niemal cudem unika śmierci i w końcu dociera do Nowego Świata, by tu zacząć nowe życie. Tyle, że w międzyczasie zakochuje się w jednej z płynących tym samym okrętem pannie…

Tak naprawdę fabułę tej książki trudno streścić w kilku zdaniach. Jest tu wiele różnych wątków, mnóstwo wydarzeń. Nic dziwnego, że historia opisana w książce posłużyła do nakręcenia serialu, który zresztą stosunkowo niedawno był emitowany w polskiej telewizji. Naprawdę, fabuła w wielu miejscach przypominała właśnie serial: mnóstwo przygód bohaterów, które podzielone zostały na rozdziały idealnie nadające się do tego, by stanowić samodzielne odcinki serialu…

„Urodzenie to niesprawiedliwy traf losu”


Powiem szczerze, że sama fabuła nie pociągałaby mnie tak bardzo, gdyby nie sposób, w jaki została przedstawiona. Tak naprawdę o wartości tej książki decyduje wspaniale oddany koloryt epoki: jej obyczajów, przekonań. Dzięki autorce można było przenieść się na dwory hiszpańskiej zubożałej szlachty, do uniwersyteckiej Salamanki wczuwając się w jej klimat z jednej strony pełen żartów, z drugiej biedy i przemocy. Jest i Sewilla, stanowiąca wtedy prawdziwy tygiel kulturowy. W końcu jest i Nowy Świat z miastami zakładanymi przez kolonizatorów i wioskami miejscowych Indian, z ogromny plantacjami, na których pracują niewolnicy i z portami, gdzie szczęścia szukają biedniejsi przybysze…

Najwięcej emocji wzbudziły we mnie jednak opisane przez Menendez ówczesne obyczaje i poglądy. Niesamowite, że hipokryzja książkowych bohaterów może być tak poruszająca: że z jednej strony uważają się za ludzi cywilizowanych, a z drugiej stronią od kąpieli, a smród, który roztaczają wokół siebie uważają za dowód wszelkich cnót. Z jednej strony są ludźmi wierzącymi, postępującymi zgodnie z naukami Kościoła, z drugiej nie wahają się brutalnie traktować swoich niewolników. I jeszcze fakt, że niewolnikiem może być Afrykańczyk, a Indianin nie – tylko dlatego, że ktoś gdzieś w jakiejś papieskiej czy cesarskiej kancelarii tak powiedział…I jeszcze to kompletne ubezwłasnowolnienie, uprzedmiotowienie kobiet...

Bardzo podobało mi się też pokazanie zderzenia dwóch światów: „cywilizowanej” Europy i „dzikiej” Ameryki, w którym… ta druga stanowczo lepiej wypadała! Gdzieniegdzie w książce można zauważyć swego rodzaju pochwałę prostoty, indiańskiego życia w zgodzie z naturą. I wolności, opierającej się na możliwości decydowania o własnym losie, co w tamtych czasach nie było oczywiste, nawet w przypadku wysoko urodzonych…

Czy warto czytać? Pewnie, że tak! Choćby dla tego wspomnianego kolorytu epoki! Choćby dla kilku ważnych spostrzeżeń przemyconych między opowieściami o losach kolejnych bohaterów… I choć tej powieści nie można nazwać literackim arcydziełem, to jednak jest całkiem przyjemna. I właśnie dlatego oceniam ją na 7/10.

Wydawnictwo Czarne. Ilość stron: 562. Tłumaczyła Agnieszka Fijałkowska-Żydok.

A czytałam w ramach wyzwań:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz