poniedziałek, 27 marca 2017

Wystarczy (…) ludzie zdawali się zapomnieć co ono (słowo) znaczy – „Hotel Bankrut” Magdaleny Żelazowskiej


Przyznam szczerze – po tę książkę sięgnęłam tylko z powodu wyzwania Gra w kolory u Magdalenardo. Nie miałam inne pomysłu na książkę z fioletową okładką, a ta pozycja pojawiła się w propozycjach autorki wyzwania. Dopiero później, w jednym z komentarzy do wpisu o książkach, które są idealnena życiowym zakręcie, polecono mi tę powieść. Byłam już wtedy w trakcie czytania i… zachwycania się powieścią…



„Dziwnie jest ten świat urządzony. Trzeba szukać szczęścia gdzie indziej, choć wiadomo, ze ono jest tutaj.”


Kilka postaci, których z pozoru nic nie łączy – młoda dziewczyna z prowincji, która przybywa do Łodzi, by tu spełniać swoje marzenia; pnąca się po szczeblach kariery młoda menedżerka, której nagle wali się cały świat; emerytka, która nie może znieść bezczynności i poczucia, że nie jest nikomu potrzebna; mężczyzna prowadzący lombard, który sam boryka się z problemami i demonami przeszłości. I jeszcze młody i ambitny pracownik działu windykacji długów w banku. Zupełnie różni, a jednak w pewnym momencie ich drogi się krzyżują…

Każdy z tych bohaterów przeżywa własną historię. I każdego spotykamy na życiowym zakręcie. Różne sytuacje sprawiają, że w końcu zamieszkują razem, w domu Leona – właściciela lombardu. W domu, który nazywają „Hotelem Bankrut”, bo każde z nich trafiło tu z powodu problemów finansowych i konieczności ograniczenia swoich wydatków. Każdy z bohaterów próbuje sam uporać się ze swoimi problemami. Każdy w końcu w pewien sposób dojrzewa i zaczyna zupełnie inaczej patrzeć na swoje życie…

„Czuł w tym jakieś oszustwo Przecież to niemożliwe, by najlepszym rozwiązaniem, wypracowanym przez tysiąc lat cywilizacji, pozostało niewolnictwo. Sprzedawanie swojego czasu, twórczej myśli i możliwości ciała w zamian za przetrwanie.”


Autorka w swojej książce ukazuje dość pesymistyczny obraz naszych czasów. Trudno jednak nie przyznać racji jej obserwacjom: wciąż za czymś gonimy, spalamy się, by zarobić na kolejną ratę kredytu i by móc zadłużyć się jeszcze bardziej. Tkwimy w błędnym kole konsumpcjonizmu, bo wydaje nam się, że tylko posiadanie wielu rzeczy, nabywanie kolejnych świadczy o naszej wartości. I trwamy w takim stanie, dopóki nie dopadnie nas kryzys – utrata pracy, drastyczne zwiększenie wysokości rat kredytu spowodowane wahaniami kursu walut. Dopiero wtedy przychodzi otrzeźwienie i moment, w którym inaczej zaczynamy patrzeć na życie. Albo całkowicie się załamujemy…

Magdalena Żelazowska w swojej książce nie koloryzuje, nie próbuje patrzeć na świat przez przysłowiowe różowe okulary. W opisie rzeczywistości (i ludzi) jest bezwzględnie szczera. Dzięki temu uświadamia nam, jak bardzo daliśmy zapędzić się w kozi róg, jak mocno tkwimy w pętli konsumpcjonizmu i błędnym kole kredytów. Dzięki temu można powiedzieć, ze ta książka daje do myślenia. A przy tym czyta się ją z przyjemnością, bo losy poszczególnych bohaterów wraz z postępującą akcją intrygują coraz bardziej. I jedyne, co w tej książce nie jest idealne to zakończenie. Mam wrażenie, że choć pewna sytuacja się rozwiązuje, to jednak zakończenie jest niewyraźne. Być może jest to celowy zabieg. Być może w ten sposób autorka chciała pokazać, ze życie toczy się dalej. A jednak… miałam wrażenie, że historia urywa się na kilka chwil przed końcem. A wystarczyłoby, moim zdaniem, kilka dodatkowych zdań…

„Od dziecka kazano ludziom czegoś pragnąć. Jakby niewidzialna ręka krótko po urodzeniu wszczepiła pod skórą czip poczucia niedosytu. Odtąd dawał o sobie znać przez całe życie, nie pozwalając na choćby chwilę ciszy nieskażonej chciwymi myślami.
Więcej. Bardziej. Jeszcze.
Mieć. Być. Czuć.
Pipiip. Pipiip. Pipiip.
Kolejna myśl, kolejny plan, kolejny dzień, który należy rozliczyć z wyniku.
Co się udało osiągnąć? Czym można się pochwalić? Co dalej na liście? Jeszcze nic? Trzeba czym prędzej nadrobić to niedopatrzenie.”


Uważam, że „Hotel Bankrut” jest niezwykle pouczającą i wartościową lekturą. Dla wszystkich, którzy czują, że wpadli w konsumpcjonistyczną pułapkę i dla tych, którzy czują, że coś w ich życiu jest nie takie, jak być powinno, że jest swego rodzaju oszustwem. I jeszcze dla tych, którzy nie mają czasu dla siebie, bo wciąż poświęcają go pracy, zarabianiu, nabywaniu kolejnych, często zbędnych dóbr. Dla mnie ta książka jest nie tylko wspaniałą diagnozą naszych czasów, ale także pochwałą fizlozofii slow i zachętą do wprowadzenia w życie przynajmniej niektórych zasad minimalizmu…

Moja ocena: 9/10.
Wydawnictwo Harper Collins, ilość stron: 271.

A czytałam w ramach wyzwań:
- WyPożyczone (egzemplarz z biblioteki)

6 komentarzy:

  1. Kiedyś miałam lekturę tej książki w planach, a potem... kompletnie o niej zapomniałam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja również miałam kiedyś okazję ku lekturze tej książki,ale jakoś sobie odpuściłam i czytając takie recenzje,jak Twoja,bardzo tego żałuję ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic straconego! Zawsze można sięgnąć po tę książkę!

      Usuń
  3. Nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie Twoja recenzja. Nawet nie zwróciłabym na nią uwagi i dużo mogłabym stracić.
    Bardzo lubię, jak Autorzy potrafią zwykła szczerością otwierać nam oczy. To prawda, że cały czas za czymś gonimy. To prawda, że cały czas pozostajemy neoniewolnikami. Niewolnictwo tylko zmieniło nazwę, teraz ma ich wiele... kredyt, czynsz, praca...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze, tez bym po nią nie sięgnęła, gdyby nie jedno z wyzwań, w których biorę udział. I bardzo się cieszę, ze ją jednak przeczytałam. A co do niewolnictwa - to niestety bardzo smutna prawda...

      Usuń